„A potem fale potopu zamykają się nad nami. Trzy dni i trzy noce miasto brzęczy i trzęsie się od sowieckich tanków, które zalewają – puste jak wymiótł – ulice. Na rogatce witała je tylko delegacja Żydów komunistów z kwiatami. Samo miasto chłonęło je w martwym, zastygłym milczeniu….Dyrektor Miejskich Zakładów Elektrycznych został zastrzelony przez NKWD, które już nadciągnęło za wojskiem. Przyszedł rano o zwykłej porze do biura, ale już nie wyszedł. Wynieśli go” – Jacek Trznadel cytuje relację Beaty Obertyńskiej z września 1939 roku we Lwowie.

 

Przyszedł luty 1940 roku.

Władze zarządziły bestialski wywóz polskiej ludności ze wsi i osiedli na całym zajętym terenie! Wiadomości, które nadchodzą, włosy wprost podnoszą na głowie. W ten wściekły kilkudziesięciostopniowy  mróz wywożą całe wsie! […] ładują do pociągów i wysyłają w głąb Rosji….Mrozy takie, że paraliżuje wprost płuca.

Te wyjące, czołgające się u nóg kobiety, ta rozpacz bezbronnych, oszalałych trwogą, nocą zaskoczonych ludzi. Mróz. Sanie przed chatami. Wyganianie całych rodzin z domów, odrywanie czepiają progu chaty rąk. Piekło! Piekło! Wszystko, co człowiek musi wytrzymać sam, to nic, to nic. Ale patrzeć na te dzieci, których nie ma w co odziać na to zimno, na te małe, broniące się, krzyczące dzieci.

– A tu stój i patrz, jak taki chłop – bieda z nędzą po prostu… bieda z nędzą… owija dzieci w słomę, bo w co je wszystkie naraz odzieje na ten mróz, i tka je w skrzynię… no taką z wiekiem, drewnianą skrzynię na rzeczy, ciasno, jedno koło drugiego jak słoiki w siano, i w tej skrzyni dopiero – na sanie! Ten krzyk, ten plącz ten strach… Nie mogę… no nie mogę… Rozumiecie?! Rozumiemy… W lipcu mnie aresztują – wspomnienia Beaty Obertyńskiej, córki poetki młodopolskiej Maryli Wolskiej. Zesłana do sowieckich łagrów na kilkanaście miesięcy opisała losy sowieckiego piekła w powieści W domu niewoli , cytowanej przez Jacka Trznadla.

Maryla Wolska, „poetka lutni o złotych strunach”  była też matką Ludwika Wolskiego zamordowanego w Złoczowie przez Ukraińców w 1919 roku w czasie „ich krwawych rządów na zamku Sobieskich”. Ekshumacji zwłok ofiar tej zbrodni dokonano w obecności delegatów misji amerykańskiej i angielskiej i wszczęto wtedy śledztwo.

Okrutne deportacje 1940 roku ludności do północnych rejonów Rosji dotyczyły tych,  którym zawdzięczamy Odzyskanie Niepodległości i ciężką pracę w odbudowie Polski po 123 latach zaborów.

Na całych ziemiach wschodnich ofiarą lutowej wywózki 1940 roku  padło ponad 200 tys. Wywieziono wtedy rodziny osadników wojskowych, leśniczych, gajowych, bogatych gospodarzy wiejskich, działaczy społecznych z miast i wsi oraz policjantów. Ludzi zwożono saniami z odległych miejscowości do stojącego przez kilka dni na stacji nie ogrzewanego pociągu, mróz dochodził wtedy do -35 na Wileńszczyźnie, co się w Polsce nie często zdarzało, nawet na dalekich Kresach… spośród wywożonych z Małopolski Wschodniej zmarło w drodze do 10 do 15%, zwłaszcza dzieci i starców, a ponad 50% odmroziło sobie ręce, nogi i uszy. Nawet we Lwowie na stacji wyrzucono z wagonów trupy zamarzniętych dzieci (Jerzy Węgierski).

 

Już w grudniu 1939 roku nastąpiły pierwsze wywożenia ze Lwowa na Syberię. Kupcy, przemysłowcy, rękodzielnicy, w związku z nacjonalizacją ich przedsiębiorstw byli aresztowani i wywożeni. Potem wywożono urzędników państwowych i prywatnych. Wywieziono wówczas ze Lwowa od 3500 do 4000 ludzi, przy czym wywożonych trzymano uprzednio w więzieniu (Jacek Trznadel).

We Lwowie po zakończeniu walk  1939 r. przebywali rozbrojeni wojskowi i uchodźcy. Całe to pozornie uległe miasto pokryła z nagła sieć tajnych polskich organizacji. Coś niby naczynia krwionośne zatajone pod skórą. Wiedzą – i my wiemy – że nie wszystkich oficerów wyłapano. Są powielacze, na których drukuje się wysłuchane w tajemnicy i wbrew zakazowi alianckie komunikaty. Są kolporterzy, którzy te świstki roznoszą. Są ludzie podrabiający dokumenty, dowody osobiste, kartki meldunkowe. Są wydeptane dróżki, z postojami, z noclegami, którymi przekradają się ku węgierskiej granicy wszyscy, którzy chcą do naszego wojska. Do Francji! Są kurierzy i kurierki chodzący przez granicę tam i z powrotem. (Beata Obertyńska)

 

Zofia Stankówna wspomina pomoc  Lwowa:

jednym z tych, którzy początkowo zapewne samorzutnie organizowali pomoc dla potrzebujących, był ks. Włodzimierz Cieński, proboszcz parafii św. Marii Magdaleny. Muszę podnieść niezwykły geniusz ks. Cieńskiego – że natychmiast przystąpił do opieki nad rodzinami wojskowych i aresztowanych, że potrafił zmobilizować na to środki ze wszystkich dostępnych źródeł, ale że w pierwszych dniach okupacji sowieckiej we Lwowie zorientował się od razu w specyfice tych nowych warunków i sytuacji. Zakupione duże zapasy wiktuałów zostały rozmieszczone w prywatnych domach ludzi znajomych księdzu […], głównie ziemian, którzy mieli domy i wille w mieście, więc możliwości przechowania i stamtąd brało się zestaw produktów – mąka, kasza, fasola itp. plus „kosteczka” słoniny – i zanosiło do rodzin uchodźców i osieroconych z całego kraju, które schroniły się tej pamiętnej jesieni we Lwowie w nadziei, że wojna tak daleko nie dojdzie.

W klasztorach były duże grupy Ślązaków, oczywiście kobiet i dzieci, nie wiedzących nawet, gdzie są ich mężowie i ojcowie, w domach prywatnych gnieździły się rodziny wojskowych, głównie oficerów, bo rodziny żołnierzy pozostawały na wsi. Adresy mnożyły się,  ilu takich „chłopców do posyłek” biegało z produktami, do których bywały dołączane z czasem pieniądze, ile było rodzin objętych pomocą.

 

I oni stali się ofiarami komunistycznej ideologii niosącej światu „wyzwolenie” przez śmierć.

Wywozy „bieżeńców” wywołały we Lwowie przerażenie i rozpacz. Byliśmy już świadkami okrutnych wywozów do Rosji, ale ..bieżeńcy” wrzucani na wojskowe lory w letnich ubraniach – bez odpowiednich rzeczy, butów i płaszczy na okres zimowy – byli tak traktowani przez sowieckich żołnierzy, jakby zabierano na zesłanie karne „najpodlejszych zbrodniarzy”. Lwów płakał… Na samochody, gdzie znajdowali się połapani „bieżeńcy”, sypały się śniegowce, swetry, szale, czapki, zawiniątka z jedzeniem. Kto co miał ..pod ręką” – oddawał na drogę wywożonym biedakom, niepomny w tej jednej chwili na własną przyszłość grożącą też wywozami do ZSRR.(Barbara Mękarska Kozłowska)

Było kilka tras, którymi w sposób zorganizowany przerzucano na południe grupy wojskowych i ochotników do Wojska Polskiego. Spośród znanych z relacji szlaków, najdalszy w kierunku na zachód, czynny do końca kwietnia 1940 r., prowadził na Węgry przez Sambor i Turkę134. Inny, czynny do marca, wiódł przez Borysław, Urycz i Majdan. Również do kwietnia czynna była trasa ze Stanisławowa i Stryja przez Dolinę, Wygodę i Żaklę lub Osmołodę. Podczas jednej z późnych prób przejścia ostatnią z nich na Węgry został ujęty przez sowiecką straż graniczną późniejszy kardynał, ks. Władysław Rubin. Dalej na wschód prowadził szlak na Węgry przez Nadworną, Mikuliczyn i odcinek granicy między Sowulą. Jak wspomina M. Brzezicki:

[…] zapewne św. Maria Magdalena dziwowała się w niebie, skąd to tyłu lotników i pancerniaków legitymujących się metryką z jej parafii mówi twardym akcentem śląskim lub śpiewnym wileńskim, a nie naturalnym, miłym lwowskim?  (Jerzy Węgierski)

 

Mordowani i deportowani  po agresji Niemiec i Rosji w 1939 roku  na Rzeczypospolitą Polacy i ich rodziny , którzy po raz kolejny  do Jej obrony przystąpili, mimo strat mienia, zdrowia i konieczności opuszczenia miejsca zamieszkania wskutek pogromów ukraińskiego i bolszewicko-żydowskiego.

Koniec 1918 i początek 19 roku był chyba najgroźniejszym ze wszystkich dotychczasowych przejść. Wściekła czerń ukraińska, godni potomkowie Gontów, Nalewajków i Żelaźniaków, jak w szale, rzucała się na dwory i dworki szlacheckie i w dzikiem zapamiętaniu mordowała i niszczyła, wszystko to, co nosiło cechę inteligencji i kultury. W początkach roku 1919 posuwa się ku Kresom, jak krwawe widmo, bolszewizm, w tej formie, jaką mu nadawał Lenin, Trocki, et consortes.

Eugeniusz Małaczewski, uczestnik wojny polsko bolszewickiej 1920 r. pozostawił wspomnienia walk i zagłady polskich ułanów przez czerń ukraińską  (Koń na wzgórzu).

Nareszcie tłum uciszył się zupełnie. Jakiś prowodyr przemówił do rozumu, uspokoił i kazał zgłosić się ochotnikom, którzy chcieliby „poigrać z lachami”…

Chętnych znalazło się kilkunastu , w tej liczbie – parę dziewczyn …

Wyszli z tłumu, naradzili się z prowodyrem , zaczem zabrali się do nagich ułanów. Najprzód na zewnętrznej stronie ich lędźwi zrobili nożami po dwa równoległe nadcięcia, idące od boków wzdłuż ud i łydek aż do kostek nogi. Poczem pas skóry, oznaczony krwawiącem liniami nadcięć, zaczęto zdzierać od góry do dołu. Na miejscu wydartego pasa pozostawał jakoby lampas purpurowy, na dłoń szeroki. Oprawiano w ten sposób ułana równocześnie z prawej i lewej strony.

 

Zapalmy znicz pamięci o Nich wszystkich 10 lutego!

 

Autor: Bożena Ratter